Jesteśmy w Phnom Penh od wczoraj. Przylecieliśmy zupełnie bezproblemowo samolotem tanich linii Jet Star. Było niedrogo i w 100% profesjonalnie. Chociaż mieliśmy trochę stracha czy uda nam się wsiąść do samolotu, bo na lotnisko przybyliśmy 90 minut przed odlotem. Wysiadamy z metra i okazuje się, że do naszego terminala trzeba jeszcze sky train'em podjechać. Wszystko jednak poszło bardzo sprawnie i cała odprawa razem z kontrolą paszportową zajęła zaledwie pół godziny. Tak więc mieliśmy nawet spory zapas :-)
Pierwszego dnia w Kambodży przeżyliśmy szok cywilizacyjny. Po sterylnym Singapurze trafiliśmy do kraju, gdzie śmieci na ulicy to zupełnie normalna sprawa, a na targu sprzedaje się pająki do jedzenia (i to wcale nie pod turystów jak np. w Bangkoku). Dwa miesiące w Azji, a czegoś takiego jak w Phnom Penh jeszcze nie widzieliśmy. Nadmienię tylko, że nasz nocleg tutaj jest niczego sobie. Duży pokój, lodówka, TV, czysto. Dobrze, ale zanim coś napiszemy więcej o Kambodży mamy jeszcze do nadgonienia Singapur. Może tak szybko co tam jeszcze udało nam się zobaczyć. Bardzo ciekawe jest położone w centrum chińskiej dzielnicy Chinatown Heritage Center. Małe muzeum warte odwiedzenia. Można tam zobaczyć jak wyglądały pokoje różnych ludzi (np. rzemieślników czy sprzedawców) z początku XX wieku. Zdjęć niestety nie robiliśmy tam. W chińskiej dzielnicy koniecznie trzeba też odwiedzić świątynie Buddha Tooth Relic Temple. To ogromny kilku piętrowy budynek, gdzie na każdym piętrze coś można zobaczyć. Na samej górze znajduje się stupa pokryta 420 kg złota mieszcząca rzekomo ząb Buddy. Niestety w tym jednym pomieszczeniu nie można było robić zdjęć, ale za to mamy kilka innych.
Z zewnątrz ta świątynia wygląda niepozorne, ale jak wiadomo pozory mylą.
Po Gardens By The Bay mało nam było kontaktu z tropikalną przyrodą i wybraliśmy się do ogrodu botanicznego. Trochę metrem tam się jedzie (około 30 minut), ale wstęp jest darmowy i można odetchnąć od widoku betonowych i szklanych wieżowców. Ogród jest ogromny, potrzeba kilku godzin żeby go obejrzeć. Jest jedna część do której trzeba zakupić bilet wstępu, to Narodowa Galeria Orchideii, po zwiedzeniu której chęć na oglądanie storczyków ma się zaspokojoną na najbliższe kilka lat.
A oto 'Miss Joaquim' czyli kwiat, który został obrany kwiatem narodowym Singapuru.
Kulinarnie pożegnaliśmy Singapur z fantazją serwując sobie na odchodne kurze łapki. Musimy przyznać, że no no kurze łapki są bardzo smaczne. Sporo małych kostek i dziwnie na talerzu wygląda, ale smakuje dobrze.
To by było na tyle odnośnie Singapuru, na temat Kambodży czyli 'prawdziwej Azji' postaramy się coś więcej napisać jutro.
rotating_baner
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Singapur. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 stycznia 2014
wtorek, 31 grudnia 2013
2014!
Szczęśliwego Nowego Roku 2014, wszystkim przesyłamy życzenia jak największej ilości podróży tych bliskich i tych dalekich, tych zaplanowanych i takich zupełnie niespodziewanych oraz zdrowia i środków finansowych by można było wszystkie marzenia wcielać w życie.
Pozdrawiamy z Singapuru gdzie już jest po wszystkim i miasto kładzie się spać.
Tam gdzie słońce nie dociera
Tak tutaj jest, jesteśmy już w Singapurze trzy pełne dni i ani przez moment słońce nie wyjrzało zza chmur. Może to też i dobrze bo dzięki temu temperatura powietrza z reguły nie przekracza tu 30 stopni,co jest zbawienne przy panującej tu wysokiej wilgoci. W końcu Singapur leży prawie przy samym równiku. Prawie bo do niego brakuje mu jakieś 100 kilka kilometrów. Dzisiaj i wczoraj kontynuowaliśmy zwiedzanie. Tym po mieście poruszaliśmy się metrem. Szybko, w miarę tanio i zupełnie bezboleśnie. Nie kupowaliśmy karty do metra (ez-link) jak niektórzy polecają bo na te cztery dni jak tu jesteśmy ta karta się kompletnie nie opłaca. Jeździmy na biletach jednorazowych, mają one tylko taką wadę że czasem jest długa kolejka do automatu.
Dalsze zwiedzanie zaczęliśmy od Little India. I tu trochę rozczarowanie, indyjska dzielnica w Georgetown w Malezji miała dużo więcej uroku.
W Little India mieliśmy okazję odwiedzić świątynię Sri Srinivasa Perumal Temple. Ciekawa i nie pobierają opłaty za robienie zdjęć jak np. w świątyni Sri Mariamman w Chinatown.
Tego dnia skusiliśmy się na wyjazd na dach hotelu Marina Bay Sands (tak to ten słynny wielki hotel, wizytówka Singapuru) , aby obejrzeć panoramę miasta z góry. Bilety niestety nie są tanie (20 SGD), ale widoki potem rekompensują poniesione straty w portfelu.
Potem jeszcze rzut oka na katedrę Św. Andrzeja.
Wizyta w Muzeum Narodowym, z którego zdjęć niestety nie mamy, ale jest warte zobaczenia i powrót do hotelu. Resztę opiszemy następnym razem, bo trzeba pędzić właśnie witać Nowy Rok. Jutro natomiast żegnamy Singapur i o 13:20 lecimy do stolicy Kambodży Phnom Penh.
Dalsze zwiedzanie zaczęliśmy od Little India. I tu trochę rozczarowanie, indyjska dzielnica w Georgetown w Malezji miała dużo więcej uroku.
W Little India mieliśmy okazję odwiedzić świątynię Sri Srinivasa Perumal Temple. Ciekawa i nie pobierają opłaty za robienie zdjęć jak np. w świątyni Sri Mariamman w Chinatown.
Tego dnia skusiliśmy się na wyjazd na dach hotelu Marina Bay Sands (tak to ten słynny wielki hotel, wizytówka Singapuru) , aby obejrzeć panoramę miasta z góry. Bilety niestety nie są tanie (20 SGD), ale widoki potem rekompensują poniesione straty w portfelu.
Potem jeszcze rzut oka na katedrę Św. Andrzeja.
Wizyta w Muzeum Narodowym, z którego zdjęć niestety nie mamy, ale jest warte zobaczenia i powrót do hotelu. Resztę opiszemy następnym razem, bo trzeba pędzić właśnie witać Nowy Rok. Jutro natomiast żegnamy Singapur i o 13:20 lecimy do stolicy Kambodży Phnom Penh.
niedziela, 29 grudnia 2013
Singapur
Jak byliśmy w Kuala Lumpur to sobie tak myśleliśmy, że takie wieżowce jak tam są to w Polsce może za 100 lat powstaną. Po tym jak dzisiaj i wczoraj zobaczyliśmy Singapur to już nie wiemy co powiedzieć. Tutaj czujemy się jak w filmie science fiction. Przyjechaliśmy tu wczoraj, podróż miała trwać 4 godziny, a trwała blisko 6. Sporo czasu zeszło nam na granicy. Była kontrola paszportowa, prześwietlanie bagaży i dowiedzieliśmy się, że jak wwozimy właśnie narkotyki to czeka nas w Singapurze za to kara śmierci. Miło :-)
W Singapurze ogólnie prawo jest restrykcyjne, np. są kary za śmiecenie, sikanie w windzie (są czujniki moczu podobno), wandalizm etc. Do niedawna zabroniona była również sprzedaż gumy do żucia. Singapur ma jeszcze jedną nieprzyjemną cechę: jest tu okropnie drogo. Ceny są niestety europejskie, natomiast noclegi nawet jeszcze droższe. To tutaj płacimy najwięcej za hotel podczas całej naszej wyprawy. Śpimy w hotelu Santa Grand Hotel Chinatown i za 4 noce płacimy bagatela 576 dolarów singapurskich! Okolice Nowego Roku, więc może dlatego tak drogo. Sam hotel bardzo fajny, mały pokój, ale dobrze wyposażony. Dostępna kawa i herbata za darmo no i super lokalizacja, blisko metra. Jedyny minus to raz w łazience znaleźliśmy wielkiego karalucha i byliśmy świadkiem jak inna lokatorka skarżyła się obsłudze, że miała bliski kontakt trzeciego stopnia z myszą.
Wracając do cen to trudno znaleźć coś rozsądnego za mniej niż 100 dolarów singapurskich za noc. Gwoli informacji 1 dolar singapurski to około 2,4 zł. Oprócz europejskich cen są tu też europejskie standardy czystości. Wszędzie są kosze na śmieci czyli rzecz niespotykana np. w Tajlandii. Trawniki przystrzyżone, nie ma wałęsających się psów. Jest miejscami tak czysto, że nic dziwnego, że Singapur ma opinię sterylnego miasta.
Dzisiaj mieliśmy wycieczkę wyłącznie pieszą, mieszkamy w Chinatown, więc do Marina Bay gdzie się wybraliśmy jest około 30 minut spaceru. Po drodze mieliśmy okazję stanąć twarzą w twarz z singapurskimi drapaczami chmur.
Sama Marina Bay robi niesamowite wrażenie. Najbardziej urzeka widok hotelu Marina Bay Sands, jednego z najbardziej rozpoznawanych budynków tego miasta.
Tu jeszcze trochę zdjęć z zatoki.
Za tym ogromnym hotelem jest też niesamowity park Gardens By The Bay.
Spacer po tym parku jest darmowy za wyjątkiem dwóch budynków. W jednym jest las deszczowy, a drugi to ogród kwiatowy. Warto się tam wybrać.
Mieliśmy też dzisiaj wizytę w całkiem fajnym muzeum Cywilizacji Azji, gdzie okazało się że Łukaszowi do twarzy w kapeluszu rodem z Javy.
Jutro dalsze zwiedzanie, jak się uda to dzień zaczniemy od wizyty w Little India, a potem się zobaczy.
W Singapurze ogólnie prawo jest restrykcyjne, np. są kary za śmiecenie, sikanie w windzie (są czujniki moczu podobno), wandalizm etc. Do niedawna zabroniona była również sprzedaż gumy do żucia. Singapur ma jeszcze jedną nieprzyjemną cechę: jest tu okropnie drogo. Ceny są niestety europejskie, natomiast noclegi nawet jeszcze droższe. To tutaj płacimy najwięcej za hotel podczas całej naszej wyprawy. Śpimy w hotelu Santa Grand Hotel Chinatown i za 4 noce płacimy bagatela 576 dolarów singapurskich! Okolice Nowego Roku, więc może dlatego tak drogo. Sam hotel bardzo fajny, mały pokój, ale dobrze wyposażony. Dostępna kawa i herbata za darmo no i super lokalizacja, blisko metra. Jedyny minus to raz w łazience znaleźliśmy wielkiego karalucha i byliśmy świadkiem jak inna lokatorka skarżyła się obsłudze, że miała bliski kontakt trzeciego stopnia z myszą.
Wracając do cen to trudno znaleźć coś rozsądnego za mniej niż 100 dolarów singapurskich za noc. Gwoli informacji 1 dolar singapurski to około 2,4 zł. Oprócz europejskich cen są tu też europejskie standardy czystości. Wszędzie są kosze na śmieci czyli rzecz niespotykana np. w Tajlandii. Trawniki przystrzyżone, nie ma wałęsających się psów. Jest miejscami tak czysto, że nic dziwnego, że Singapur ma opinię sterylnego miasta.
Dzisiaj mieliśmy wycieczkę wyłącznie pieszą, mieszkamy w Chinatown, więc do Marina Bay gdzie się wybraliśmy jest około 30 minut spaceru. Po drodze mieliśmy okazję stanąć twarzą w twarz z singapurskimi drapaczami chmur.
Sama Marina Bay robi niesamowite wrażenie. Najbardziej urzeka widok hotelu Marina Bay Sands, jednego z najbardziej rozpoznawanych budynków tego miasta.
Tu jeszcze trochę zdjęć z zatoki.
Za tym ogromnym hotelem jest też niesamowity park Gardens By The Bay.
Spacer po tym parku jest darmowy za wyjątkiem dwóch budynków. W jednym jest las deszczowy, a drugi to ogród kwiatowy. Warto się tam wybrać.
Mieliśmy też dzisiaj wizytę w całkiem fajnym muzeum Cywilizacji Azji, gdzie okazało się że Łukaszowi do twarzy w kapeluszu rodem z Javy.
Jutro dalsze zwiedzanie, jak się uda to dzień zaczniemy od wizyty w Little India, a potem się zobaczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)