rotating_baner

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Wycieczka do Polski

Od wczoraj jesteśmy z powrotem w naszym ulubionym mieście czyli w Bangkoku. Coś tutaj jest takiego, że chce się tu wracać. Nie wiemy co, może w naszym przypadku jest tak, że z tym miastem wiążą nas silne emocje. Tutaj zaczęliśmy naszą przygodę z Azją i tutaj ją zakończymy. Żartowaliśmy sobie, że jutro lecimy na małą wycieczkę do Polski. Tak na niezbyt długo i rychło tu powrócimy. Z Siem Reap do Bangkoku lecieliśmy z Air Asia. To niskokosztowa linia lotnicza, która w 2013 roku po raz kolejny została wybrana najlepszą budżetową linią świata. Coś w tym jest. Ryanair powinien się sporo jeszcze nauczyć. Chociaż zaliczyli jedną poważną wpadkę. Wózek dla Łukasza oddali nam dopiero na taśmie z bagażami, a nie jak to zawsze było zaraz po wyjściu z samolotu. Niby nic, ale lotnisko w Bangkoku do małych nie należy i przez ten cały czas trzeba było Łukasza na rękach nosić. Nasz pobyt tutaj zaczął się mała perturbacją. Przez protesty nie mogliśmy podjechać pod nasz hotel New Siam, który jest niedaleko Khao San w bardzo fajnej ulicy. Gorąco polecamy. Protestujący bardzo mili, puścili naszą taksówkę jak najbliżej się dało. Potem trzeba było iść pieszo. Na szczęście nie daleko.

czwartek, 12 grudnia 2013

Numer jeden

Spędziliśmy cztery noce na wyspie będącej w naszym osobistym rankingu numerem jeden. Jak zamknie się oczy i wyobrazi jak powinna wyglądać rajska wyspa to to wyobrażenie z pewnością będzie bardzo blisko tego co można doświadczyć i zobaczyć na Ko Lipe. Zacznijmy po kolei, z Ko Lanty mieliśmy się dostać tańszą opcją czyli minibus do Pak Bara i stamtąd dopiero prom. Jak sprzedawano nam bilet to zapewniano nas, że na miejscu będziemy około 14. Obiecanki cacanki, wyszło jak zwykle to u Tajów wychodzi czyli do celu dotarliśmy prawie po 10 godzinach czyli około 17. Szkoda, bo dzień był ładny, a spędziliśmy go w busie albo czekając na prom. Na Ko Lipe nocleg mieliśmy w Blue Tribes polecanym w przewodniku Rough Guides. My go nie polecamy. Internet tam prawie wcale nie działał (stąd też przerwa w publikowaniu na blogu), bungalowy nawet fajne, ale murowane z wiatrakiem i bez klimatyzacji. Na Ko Jum spaliśmy już w bungalowie bez klimatyzacji i było ok, ale tamten miał przewiewne bambusowe ściany. Tu było bardzo gorąco w nocy, myślimy że gdyby nie to że tyle już tutaj jesteśmy to byłoby nam ciężko noc przetrwać. Na zdjęciach poniżej rzeczony nocleg.

sobota, 7 grudnia 2013

Palmy i choinki

Ko Lanta to okazuje się być zupełnie przyzwoitą i doskonałą do relaksu wyspą, jak już przestanie deszcz padać. Przedwczoraj padało prawie cały dzień, wczoraj tak z pół dnia, dzisiaj nas już oszczędziło i calutki dzionek pięknie słońce prażyło. Wyjście na plażę przypłaciliśmy co prawda lekkim oparzeniem słonecznym, ale to z pewnością do jutra przejdzie. Gwoli ścisłości, Łukasz opalał się posmarowany kremem z filtrem 50 i mu nic nie jest, to tylko rodzice są tacy niepoważni. Mała dygresja na temat kremów z filtrem. W Polsce widzieliśmy kremy dla dzieci z faktorem 50, a tutaj 70, 90, a nawet 120 widzieliśmy. Jak widać nic w Polsce nie wiemy na temat kremów. Jeszcze jedna ciekawostka, kremy z filtrem dla kobiet są głównie wybielające. Dla wszystkich zmarźluchów w Polsce dedykujemy trochę zdjęć z dzisiaj, tak na rozgrzanie.

czwartek, 5 grudnia 2013

Z wyspy na wyspę

Po czterech nocach na Ko Jum jesteśmy już na Ko Lancie. W ostatnią noc mieliśmy inwazję dzikiego inwentarza w naszym bungalowie. Najpierw coś nam w nocy zjadło pół banana z kiści, którą nieopatrznie zostawiliśmy na podłodze. Jak byliśmy na plaży to dobrało się do arbuza, który leżał na półce. Potem za plecakiem znaleźliśmy wielką ropuchę, która z kolei pożarła ostatnie ciastka Łukasza. Ropucha była ogromna i nawet chętnie pozowała do zdjęć. Nie mamy pojęcia jakim cudem udało się jej wejść. Aż takich dziur to bungalow nie posiadał.

niedziela, 1 grudnia 2013

Polski film

Jesteśmy od wczoraj na Ko Jum. Internet jest tylko w restauracji, więc dodawanie nowych wpisów jest trochę utrudnione. Żeby dostać się na Ko Jum trzeba najpierw wykonać desant, bo ta wyspa nie ma przystani i prom zatrzymuje się 300 metrów od brzegu. Wtedy do akcji wkraczają małe łodzie, które przejmują pasażerów.

sobota, 30 listopada 2013

Ko Hong i nowa miłość

Narzekaliśmy wczoraj na nasz hotel, a jedno trzeba im na pewno przyznać, jeżeli chodzi o wycieczki zorganizowane, to mają chyba najtańszą ofertę w Krabi. Nasza dzisiejsza była tańsza o około 30% od oferty konkurencji. W programie była wyspa Ko Hong z okolicznymi przyległościami. Bardzo przyjemna wyprawa. Najpierw wpłyneliśmy wąskim wejściem do laguny, gdzie dookoła były skały i mangrowce.

piątek, 29 listopada 2013

A w Krabi Tajki to gryzą

Jesteśmy w Krabi, podróż była łatwa i przyjemna. W ogóle to jesteśmy pod wrażeniem tego, jak łatwo można się poruszać po Tajlandii. Bardzo dobrze funkcjonuje tutaj komunikacja minibusami pomiędzy ważniejszymi miastami. Zwykle odbierają cię z hotelu i nierzadko odstawią pod drzwi kolejnego. W Krabi trochę porażka z noclegiem: Hometel Hotel. Standard jest ok, czysto, może trochę odpada farba z sufitu pod prysznicem, ale jest klima i TV. Problem polega na tym, że ktoś wpadł na pomysł, żeby pokoje w hotelu pomalować na ciemno szary kolor i dodatkowo porobić czarne mazy. Koszmar. Czujemy się jak w krypcie, która właśnie jest w budowie. A taki fajny nocleg mieliśmy w Khao Sok.

czwartek, 28 listopada 2013

Aż poleje się krew czyli las deszczowy

160 milionów lat, tyle rzekomo liczy las deszczowy w parku narodowym Khao Sok. Dzisiaj z niejakim Sexy Manem (nasz przewodnik) poznawaliśmy go od środka podczas półdniowej wycieczki. Co prawda można też samemu pospacerować po parku nie korzystając z przewodnika, wtedy trochę więcej pieniędzy zostaje w kieszeni, ale nie zobaczy się połowy rzeczy. Z pewnością było warto. Nie widzieliśmy dużych zwierząt, a w parku żyją nawet dzikie słonie, ale za to było mnóstwo małych, łącznie z latającą jaszczurką.

środa, 27 listopada 2013

Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda

To co lubimy w samodzielnie organizowanych wyjazdach to to, że czasem dzieje się inaczej niż było planowane. Oczywiście lubimy tylko takie sytuacje kiedy dzieje się coś dobrego i po naszej myśli. Tym razem nawet wszystko poszło dobrze i ten wpis piszemy leżąc na wielkim łóżku w bungalowie nad rzeką, kilkaset metrów od wejścia do parku narodowego Khao Sok. Mieliśmy na dzisiaj zamówione snorkling safari dookoła wyspy, a potem nocną łódź do Sura Thani. Kiedy rano pojawiliśmy się w agencji pani z uśmiechem oznajmiła nam że nasza nocna łódź "is broken" i dzisiaj nie płynie. 5 sekund namysłu, szybkie spojrzenie na tablicę rozkładów i decyzja płyniemy do Sura Tani dzienną łodzią, która odpływa za pół godziny. Na szczęście wszystko udało się tak załatwić, że wsiedliśmy na tą łódź, a pani z agencji zwróciła nam pieniądze za snorkling. No cóż trochę szkoda bo pewnie fajne podwodne widoki nas ominęły. Skąd taka decyzja, żeby płynąć tak szybko: z prognozy pogody. Okazuje się, że dzisiaj była ostatnia noc kiedy dało się jeszcze przy spokojnym morzu odpłynąć z Ko Tao, a za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć ponownie sytuacji, kiedy płyniemy promem podczas silnego falowania.
Do Sura Tani dotarliśmy około 16. Słyszeliśmy trochę i czytaliśmy, że w Tajlandii to chcą oszukać i oskubać turystę na każdym kroku. Już mieliśmy dementować te historie i włożyć je między bajki, bo w sumie przez prawie miesiąc z niczym takim się nie spotkaliśmy, aż do dzisiaj w Sura Tani. Najpierw autobus z promu wysadził nas z 5km przed miastem, czyli byliśmy skazani na jakiegoś taksówkarza. On oczywiście nie podwiózł nas na dworzec autobusowy, ale do znajomej agencji. Nie omieszkał pomylić się na naszą niekorzyść wydając resztę. W tej agencji chcieli nam wcisnąć dwa razy droższy transport do Khao Sok. Na szczęście dworzec nie był daleko i szybko kupiliśmy odpowiednie bilety. Tutaj zresztą też trzeba było być czujnym bo chcieli żebyśmy za Łukasza też zapłacili. Chwilę później baba w knajpie na dworcu chciała nam policzyć dwa razy więcej za obiad. Trochę to żenujące jak co chwilę chcą Cię oskubać i trzeba się o swoje wykłucać. Rada: w Sura Tani bardzo ostrożnie.
Na miejsce dotarliśmy późno bo dopiero około 20,nocleg jest fantastyczny, chyba najlepszy jaki mieliśmy do tej pory. Nie mamy żadnych nowych zdjęć z dzisiaj, więc poniżej trochę z wczoraj.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Banan w ręku i na twarzy

Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nawet internet, który przestał działać w naszym pokoju nie jest w stanie zepsuć nam humoru.Pogoda na Kho Tao zdecydowanie się poprawiła. Wczoraj i dzisiaj tak do 12 było trochę słońca z chmurami, a potem już tylko słońce. Gorąco. Co najlepsze to jest cudowna woda o temperaturze 28 stopni w morzu, w której można się zanurzyć jak tylko znudzi nam się być suchym. Z czego maluch również skrzętnie korzysta.

sobota, 23 listopada 2013

Psiejsko nie-czarodziejsko

Jesteśmy na Kho Tao to dobra wieść. Miało być słonecznie rajsko i psiejsko czarodziejsko, a nie jest, przynajmniej dzisiaj. Od rana za oknem pada deszcz i to czasem dość intensywnie. Podróż autobusem do Chumphon minęła szybko i dość komfortowo. Tam mieliśmy przesiadkę na "hi speed catamaran" i zaczęły się schody. Najpierw z 45 minut nie wypuszczali nas z autokaru, potem z godzinę jak nie lepiej czekaliśmy, aż zatankują naszą łódź. W momencie jak planowo mieliśmy dopłynąć do celu to my dopiero ruszyliśmy. Trzeba przyznać, że nasz katamaran to faktycznie był "hi speed", pędziliśmy z 30-35 węzłów jak nic. Problem był natomiast taki, że morze było dość konkretnie wzburzone i na tej łodzi prawie wszyscy dostali choroby morskiej, łącznie z niektórymi osobami z załogi. Było ciężko, Łukasz na szczęście połowę drogi przespał, a potem był bardzo dzielny. Od poniedziałku pogoda ma już być dobra, więc mamy nadzieję, że powrót z Kho Tao już nie będzie taki fatalny.
Na Kho Tao jak na razie to byliśmy się przejść kawałek i coś zjeść w tajskiej knajpie. Żarcie wyśmienite, jest trochę drożej niż na lądzie. Hotel Amonrada House taki sobie niestety. Za oknem mamy widok na budowę. Pokój ok, trochę mały, ale jest czysto. Poniżej trochę zdjęć z portu gdzie wsiadaliśmy na łódź.



piątek, 22 listopada 2013

Bangkok i leniwy taksówkarz No Go

Wpis będzie krótki, niewiele się dzisiaj działo, więc i pisać nie ma za bardzo o czym. Tak po prawdzie to działo się bardzo dużo bo w końcu sam przyjazd do Bangkoku to jest już niesamowite przeżycie, a nie mówiąc też o spacerze po uliczkach przy Khao San, ale wszystko to czyli całe to zachłyśnięcie tym szalonym miastem mamy już za sobą. Byliśmy tu przecież 4 tygodnie temu, więc teraz będzie tym co jest nowe dla nas. Na początku spotkaliśmy się ze zjawiskiem leniwych taksówkarzy. Z Ayutthaii dostaliśmy się do Bangkoku w okolice Victory Monumentu. Plan był prosty stamtąd bierzemy taksówkę i chwilę później cieszymy się wolną chwilą w hotelu. Jak tylko jakiś taksówkarz dowiedział się gdzie chcemy jechać to albo udawał że nie wie gdzie to jest albo kończył rozmowę stwierdzeniem "no go". No i tyle, nic nie zrobisz. Dopiero 8 czy 10 taksówkarz zgodził się pojechać. O włączenie taksometru nawet się nie kłóciliśmy. Pojechaliśmy cali szczęśliwi za uzgodnioną stawkę czyli około 15 zł. Korki były dość spore i chyba dlatego nie chciało im się jechać tam gdzie mówiliśmy. Śpimy tym razem w New Siam, trochę bliżej Khao San niż ostatnio, bardzo fajna lokalizacja. Hotel widać swoje już przeszedł i nowy nie jest, ale jest czysto i na jedną noc jak znalazł. Zrobiliśmy sobie dzisiaj też szybką wycieczkę do dzielnicy wieżowców, z nadzieją, że obejrzymy panoramę miasta z dachu prawie 300 metrowego State Tower. Niestety po wjechaniu windą na 64 piętro pocałowaliśmy klamkę. Z plecakiem, w krótkich spodenkach i sandałach nie bardzo chcieli nas tam widzieć. Na pocieszenie mamy zdjęcie przez szybę i ujęcie na wieżowce z pokładu tramwaju wodnego.

czwartek, 21 listopada 2013

Im dalej tym lepiej

Cały dzień zwiedzania za nami. Ayutthaya wyraźnie zyskała w naszych oczach przy bliższym poznaniu. Ruiny świątyń robią wrażenie, jednak te w Sukhothai bardziej nam przypadły do gustu, ale może to tylko nasza subiektywna ocena. No i okazało się, że w Ayutthayi im dalej od centrum miasta, tym lepsze świątynie można zwiedzić. Te na obrzeżach, mowa tu o Wat Chai Watthanaram i Wat Yai Chai Mongkol, zwyczajnie są zachowane w dużo lepszym stanie niż te w centrum, gdzie w zasadzie niewiele zostało. Dobry pomysł przy zwiedzaniu to znowu jak w Sukhothai wypożyczenie roweru, bo trochę kilometrów trzeba zrobić i w zasadzie tych świątyń poza centrum na piechotę zwiedzić się praktycznie nie da. Alternatywa to tuk-tuki, które tutaj wyglądają dość oryginalnie.

środa, 20 listopada 2013

Ayutthaya pierwsze wrażenia

Ayutthaya to kolejna była stolica Tajlandii założona w 1351 roku . Niegdyś ogromne miasto, w 1685 roku liczyło już milion mieszkańców. Dla porównania było to dwa razy więcej niż ówczesny Londyn. Złupiona w końcu 18 wieku przez birmańczyków popadła w ruinę. Obecnie, podobnie jak Sukhothai, Ayutthaya jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z Ayutthayą zdążyliśmy się trochę zapoznać. Jak na jedno z ważniejszych turystycznie miejsc w Tajlandii, wyszło słabo. Hotel mamy w porządku, duży pokój, chyba największy w jakim do tej pory spaliśmy. Nocka w Somjai Palace wychodzi za pokój około 45 zł.

wtorek, 19 listopada 2013

+33 w Sukhothai

Taka temperatura to nie jest żadna dla nas nowość, bywało gorzej, np. w Luang Prabang jednego dnia było +37, jednak dzisiaj dała się nam we znaki. Sukhothai, jak wspominaliśmy, to pierwsza stolica Tajlandii. To tutaj narodził się alfabet tajlandzki. Ruiny historycznego miasta Sukhothai zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Historyczny park jest ogromny i na piechotę zwiedzić wszystkie miejsca nie sposób. Dlatego przy wejściu na teren ruin są sporych rozmiarów wypożyczalnie rowerów. I to w sumie jest najwygodniejszy i najlepszy sposób na zapoznanie się ze spuścizną pierwszych władców Tajlandii. No my niestety takiego komfortu nie mieliśmy i park tam i z powrotem przemierzaliśmy na piechotę pchając przed sobą wózek dziecięcy. No i trochę to słońce dało się we znaki. Łukasz w zacienionej budce swojego Maclarena albo oddawał się w objęcia Morefusza albo wcinał kolejnego banana. No właśnie to jego nowa umiejętność. Pożera banany, aż mu się uszy trzęsą i nie trzeba do pomocy wyciągać łyżeczki. Wystarczy 5 zębów. Jeszcze co do parku historycznego, to była bardzo miła odskocznia po głośnym i zatłoczonym Chiang Mai. Największy zabytek starego Sukhothai to Wat Mahathat.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Chiang Mai ZOO i weekendowe targowiska

Z rozrywek jakie jeszcze oferuje Chiang Mai postanowiliśmy sprawdzić jakie mają ZOO. Zwłaszcza, że chwalą się iż mają wielkie akwarium z najdłuższym w tej części Azji podwodnym tunelem, który liczy aż 130 metrów. Samo ZOO takie sobie, mają pandy, ale trzeba za nie dodatkowo zapłacić, był też biały tygrys. Chyba rzadkość. Teren jaki to ZOO zajmuje jest ogromny. Trzeba się sporo nabiegać. Można chyba też własnym samochodem wjechać :-) Co do akwarium, które miało powalić to zgodnie orzekliśmy, że lipa. Nie jesteśmy jakimiś fanami takich rozrywek i do tej pory widzieliśmy tylko jedno ogromne akwarium z tunelem w Walencji i było ono tak z 10 razy lepsze. Jak ktoś nigdy nie widział to można zobaczyć, ale wiele bym się nie spodziewał. Co jest fajne w tym ZOO to to, że można karmić samemu niektóre zwierzęta, zatem napotkany słoń dostał od nas kilka ogórków.

niedziela, 17 listopada 2013

Loy Krathong

To co nas zajmuje do późna od dwóch dni to właśnie święto Loy Krathong. Nie przypadkowo jesteśmy w Chiang Mai właśnie w tym terminie, wtedy w całym kraju, a szczególnie w Chiang Mai obchodzi się to święto. Przypada ono w pełnię księżyca w listopadzie. Ludzie by uhonorować wodne duchy i uczcić zakończenie pory deszczowej spławiają lampiony zrobione z kwiatów i świeczek w wodzie. W Chiang Mai dodatkowo puszcza się jeszcze lampiony w powietrze. Widok jest to niesamowity jak setki takich lampionów unoszą się w powietrzu nad miastem. Na czas tego święta udekorowane są budynki i świątynie, a przez miasto przechodzą liczne parady. No i oczywiście nie może też zabraknąć ogni sztucznych, które nonstop wybuchają, nawet jak to piszemy to je jeszcze słychać za oknem.

sobota, 16 listopada 2013

Kumulacja

Dzisiaj mieliśmy kumulację, tzn działo się tyle że jest już na zegarze 00:34 a my dopiero mamy czas żeby usiąść i wrzucić jakieś zdjęcia. Wszystkiego z pewnością nie damy rady opisać, a co nie damy rady to będzie jutro. Z lokalnego biura podróży mieliśmy wykupione tzw 1 Day Safari. Trochę to śmieszne było miejscami, ale "największe" okoliczne atrakcje mamy zaliczone. To po kolei, zaczęło się od wizyty na farmie storczyków i motyli. Nic specjalnego, można sobie darować. Równie ładne storczyki można zobaczyć zwyczajnie spacerując po mieście.

piątek, 15 listopada 2013

Doi Suthep i tajniki tajskiej kuchni

Jeżeli ktoś zastanawiałby się jaką świątynię zwiedzić w Chiang Mai lub okolicach to podpowiadamy Wat Phra That Doi Suthep (może być w skrócie Doi Suthep, każdy w Chiang Mai wie o co chodzi). Dojazd tam dość łatwy i tani tzw zbiorowymi taksówkami. Trzeba dorwać pierwszego lepszego gościa z czerwonym samochodem (bardziej prawdopodobne jest to, że to on nas wcześniej zaczepi) i powiedzieć mu, że się chce do Doi Suthep join taxi. I on za 3zł dowiezie nas do miejsca, gdzie będziemy mogli do kolejnej taksówki tym razem już do celu. Tylko tutaj nie ruszymy dopóki nie uzbiera się pełen samochód. To drugie taxi to koszt 5zł od osoby. Powrót podobnie a nawet prościej, bo często już jedną taksówką dotrzemy blisko swojego hotelu. A świątynia przepiękna, zresztą oceńcie sami.

czwartek, 14 listopada 2013

A maluch znowu w świątyni

Jakoś jeszcze świątynie nam się nie znudziły na szczęście, więc dzisiaj w luźnym programie zwiedzania dwie z tzw listy "must see" w Chiang Mai. Zanim do nich dojdziemy jeszcze ciekawa, bo cała z drewna, świątynia Wat Pan That z 14 wieku.